|► ARTYKUŁ » POLECAMY SZCZEGÓLNIE «
Serialowi goście, to nic innego, jak nieproszeni… Przybysze – jak się okazuje pożądani przez większość społeczeństwa. Przechodzą przez nasz próg mieszkalny z workiem rzekomych potrzeb, w celu ostudzenia naszej wrażliwości na intrygę, a przy okazji zdominowania naszej populacji. Gdy zapukają do drzwi należy wpuszczać, czy nie?
Pierwsze klatki pokazują nam już niekonwencjonalne zabiegi, które są dość mało popularne wśród współczesnych filmowców, czyli – odkrywanie najważniejszych kart w talii. Nie mamy tu swoistego i epizodycznego suspensu, który by zaklinowywał i umacniał zarazem napięcie związane z nalotem Przybyszów. To dość odważne posunięcie ze strony scenarzystów, gdyż natychmiastowe ujawnienie może zgasić ciekawość.
Można by rzecz, że serial mimo usadzenia go na płaszczyźnie science – fiction, wychyla się spoza przyjętego toru i skręca w boczne uliczki obfitujące w dramat. Pilot serialu zaś zasugerował, że dane nam będzie się zmierzyć z kinem stylu zerowego – w kontekście odbioru i reakcji przeciętnego człowieka na to, co właśnie zobaczył na niebie.
A zobaczył kobietę, nie byle jakiej urody, z ciepłym spojrzeniem, która jest Przybyszem, kosmitą, nazwijcie sobie to, jak tylko chcecie, bo z punktu stojącego przechodnia, nie różniła się zupełnie niczym od nich, no… może tym, że postać przemawiała do nich ze statku kosmicznego i jest w posiadaniu nieznanej mocy. To, co zdecydowanie utożsamia się z wyżej wspomnianym stylem, to permanentna głupota charakteryzująca tłum w stanie spektakularnego widowiska, o którym nie mają pojęcia. Wydawać by się mogło, że wydumana miłość do Przybyszów jest powiązana z życiem przeciętnego człowieka. Mając świadomość, że są oni po to, by pomóc, odmienić życie, oczywistym jest fakt, że większość zacznie wiwatować i unosić w górę transparenty poparcia, zacierając tym samym swoje szare komórki. Przedstawiony więc obraz łatwo zmanipulowanego społeczeństwa jest bardzo przekonywujący, wtapianie się w resztę ludzkich komórek jest z nami od dziejów dramatu, po science – fiction i tu teraz w rzeczywistości, tej wyzwolonej od kamer.
REKLAMA
.
Emocjonalna maska
.
To koleiny element fikcyjnego usposobienie ludzkiego. Przybysze, przynajmniej większość z nich jest doszczętnie obdarta z uczuć i emocji. Jednak potrafią bezbłędnie współczuć, obnosić się z sympatią, imitować wszelkie reakcje, widoczne u człowieka, dzięki temu są przekonywujący, a kłamstwo jest prawie niemożliwe do wykrycia. W ich oczach jesteśmy bardzo prostymi stworzeniami, zniewolonymi jedynie przez emocje. Z ogromną łatwością i lekkością skopiowali nasz wizerunek, stając się idealną imitacją, która już nawet wcześniej, przed nalotem została obsadzana niezauważalnie na państwowych stanowiskach.
Mimo wielu mocnych fundamentów, z postaci w serialu nie wyciśnięto cytryny. W bardzo wolnym i niespecjalnie ciekawym tempie poznajemy ich historie, które są zwyczajne i mało oryginalne, podobnie jak odgrywane przez nich role. Ekipa V Kolumny, która wiedzie prym w serialu tli się w szaro białych barwach, dopiero w drugiej fazie serialu, postacie dostają kolorowe kredki dla właściwego zabarwienia. Ewidentnie brakuje wyrazistego rozwarstwienia osobowości między nimi, co jest trudne na wzgląd przez brak jaskrawości bohaterów, którzy zlewają się w jedną całość. Oczywiście historie z jakimi zmagają się nasze postacie wychodzą ponad tą przeciętność, która niestety w dalszym ciągu nie pasuje do kliszy wizerunku, jaką zostały one przygniecione. Środek serii natomiast serwuje nam charyzmatyczną i skomplikowaną postać, jaką jest Kyle Hobbes. Dzięki temu grupa staje się bardziej przekonywująca i autentyczna w swoich dokonaniach. To, o czym napisałam, absolutnie nie skazuje i nie wtapia wszystkich postaci w ramy obojętności. Produkcja ma również swojego henchmana, którym jest dziennikarz Chad Decker (Tomasz Lis), osobowość chwiejna pod względem przynależności do konkretnej drużyny, raz dla ratowania świata, raz dla ogromnych pokładów wiary kątem Anny, ostatecznie pogodził opcję drugą z narcyzmem urzędowania w swoim fachu, licząc, że wybije się jeszcze dalej, wiodąc dziennikarski prym. Główna uwaga powinna być jednak skoncentrowana na kluczowych postaciach, jednak to te mniej eksponowane, są tu tymi intrygującymi. Przywódczyni Przybyszów Anna, to postać, która z odcinka na odcinek rozwija się, fundując nam schadzkę emocjonalną na krawędzi manipulacji. Beznamiętna hipnoza – to dwa słowa, którymi można byłoby opisać osoby, które ulegają jej psychologicznym manewrom.
Mocnych stron serialu nie obejmują również efekty specjalnie, które w sposób dobitny dają się we znaki podczas oglądania. Statek Przybyszów, od wewnątrz to jeden wielki, momentami kręty szary korytarz. Zbyt wiele scen kręcono z użyciem green screenu, przez co efekty są niedbałe, niedopracowane i często… sztuczne, co uniemożliwia całkowite „zanurzenie” się w tej produkcji. Tak, niewątpliwie pod tym względem stężenie tandety na centymetr taśmy filmowej w tej kwestii osiąga rekordową ilość. Liczne suspensy wynagradzają za to konieczność patrzenia na efekty, które i tu trzeba powtórzyć są słabe, jak kaszel anemika. Rzutka dźwiękowa – choć rzeczywiście mało kto zwraca na to uwagę, jest tu ona chronicznie powtarzana, aczkolwiek jej obecność, nie jest na tyle zauważalna, by zaczęła przeszkadzać widzowi.
Prestidigitator filmowy namiętnie rozmazuje granicę między rzeczywistością a fikcją – to jeden z największych atutów serialu. Widz zdaje sobie sprawę, że produkcja jest ulokowana na granicy science – fiction, jednak realizm przedziera się momentami przez kadry filmowe, co nie jest w żadnym stopniu sztuczne. Można odnieść wrażenie oglądania tego, co mogło by się dziać i w cale nie było by to aż tak dziwne, jakby się wydawało.
Chociaż w serialu pozornie dzieje się bardzo dużo, to jednak wiele w nim przestojów akcji, które niejednego doprowadzą do drzemki. Druga połowa na szczęście zapewnia rozległe pokłady kofeiny na efektowne przebudzenie, bowiem na serial zostaje wylana fala kolorów, a wachlarz dziwactw stale wzrasta. Wątki podejmowane w serialu są przesycone napięciem i nieprzewidywalną akcją, która prezentuje się nam w niebanalny sposób. Można również odważyć się o zderzenie ze sobą V oraz FlashForward – dwóch seriali, które zażrecie ze sobą rywalizowały na ringu telewizyjnym. I chociaż to FF miał mocne wejście i zapowiadał się obiecująco, to na plecach miana rzekomego następcy Lost wypadł blado. V za to dostało drugi sezon – patrząc przez pryzmat ostatnich odcinków, uważam, że było to najlepsze posunięcie. Gdy FlashForward robił wszystko, by znaleźć opatrunki na swoje uchybienia i mankamenty fabularne, Przybysze po prostu lecieli dalej…
Kolejną i niewątpliwą dewizą serialu jest ścieżka dźwiękowa napisana przez Normanda Corbeila („The Rise of Evil”) oraz Marco Beltrami’ego, twórcę mocnych dźwięków, słyszalnych m.in w „Resident Evil”, „Scream”, „The Eye” i wreszcie w „V”. Serialowa muzyka to idealne pociągnięcie pędzlem na palecie prezentowanej całości. Jeśli miałabym ją skonfrontować dla porównania , bezapelacyjnie byłby to John Murphy, którego nawiasem mówiąc utwór został wykorzystany do finałowej sceny pierwszego sezonu. Mieliśmy okazję usłyszeć: „The Surface of Sun”, a także coś na styl jego utworu do ścieżki filmowej wykorzystanej w „28 days Later” – dzięki któremu serial przez chwilę uniósł się ponad plan i sam się grał, klimatem wytworzonym przez muzykę.
II sezon V startuje już 4 stycznia 2011, który przez ostatnie tygodnie nieustannie kusi nas zakazanymi przysmakami przed głównym daniem. Na pytanie postawione w tytule, odpowiem następująco: Gości zawsze warto wpuszczać do środka, nigdy nie wiadomo, co mają w zanadrzu – warto więc się o tym samemu przekonać.
autor: weird0ther
Polecamy również:
Posłu...
Czy p...
Co da...
Podziel się na:



wspaniały artykuł. gratuluje i zazdroszczę takiej twórczości.